Sunday, July 16, 2017

Oh, my totally awesome beau, you are like ripe brie in my arms!


Katolikiem nie trzeba być, wystarczy kilka lat przymusowych lekcji religii żeby nabawić się katolickiego poczucia winy. Ja się czuję winna zawsze i wszędzie, a już zwłaszcza po moim krótkim pobycie w Polsce. Pomiędzy pracą, wyjazdami i załatwianiem spraw koniecznych, mieliśmy cztery dni. No i teraz zadręczam się tym czego nie zrobiliśmy, ale głównie tym z kim się nie zobaczyliśmy. 

(przerwa na pokutne leżenie plackiem)

Nie powiedziałam wam chyba skąd się w Europie wzięliśmy. Ja miałam w Polsce kilka guzików do zapięcia. A Lee zapisał się na letni kurs polskiego... w Lublinie. Bojkotowałam ten pomysł, bo tam obcokrajowców wita się chlebem, solą i nożem w żebro. W międzyczasie z Lublina zrobił się Kraków, ale bilety kupione podczas bojkotu już były i ekipa w silnym dwuosobowym składzie kot i ja opuściła miasto w dniu rozpoczęcia zajęć obierając kurs najpierw na Boston, a potem na dom.

Odcinków z Europy będzie kilka: Paryż, Czechy, Toskania i Kraków. 


Półtora dnia w Paryżu jest lepsze niż zero dni w Paryżu. Zwłaszcza, że spędzone z ulubioną osobą liczą się podwójnie. Miśka przylatywała z Dublina, ja z Krakowa, ale nasze samoloty lądowały w dziesięciominutowym odstępie. Ale! Odnaleźć się na lotnisku de Gaulle nie jest łatwo, a Miśka dwa razy padła ofiarą pracowników, którzy bardzo chcieli pomóc, choć nie potrafili.
- Przepraszam, mówi pan po angielsku?
- Tak!
- Czy może mi pan powiedzieć jak dojść to wyjścia z terminalu T2?
(zagubione spojrzenie, pan nie mówi po angielsku)

To mieszkanie, rety, to mieszkanie. To było jak podglądanie paryskiego życia przez dziurkę w bagietce. Gospodarze wyjechali na weekend, zostawili nam klucz. Zresztą samo namierzanie klucza było jak gra w podchody. Kod do jednych drzwi, kod do drugich drzwi, odnaleźć skrzynkę, kolejny kod, sezamie otwórz się. A w środku ekscytujący mini wszechświat i strasznie ale to strasznie żałuję, że zapomniałam poszpiegować po lodówce. Słowo daję, Airbnb zmieniło moje podróżne życie. Hotele są bezosobowe (na osobowe mnie nie stać), w hostelach zawsze ta sama gadka z porównywaniem członków, tfu list odwiedzonych krajów, couchsurfing jest super, ale nie na każdą okazję, no i dla introwertyków bywa bolesny. Jestem strasznie zdziwiona jak wiele osób Airbnb nie zna. Jeśli to wy, to marsz, wypróbować. Jak wleziecie przez tego linka, dostaniecie $40 (!!!) zniżki (a my $20).

Zachorowałam na Paryż. Jak się Lee dowie, to mi łeb ukręci. Bo kiedy lata temu Lee zachorował na Paryż to strasznie protestowałam. No zawaliłam. Może teraz miałabym teraz takie mieszkanie na piątym piętrze, dopracowanie niedbały styl, 10 kilo mniej i berecik.

Będzie trochę zdjęć z telefonu. Do Europy przyleciałam tylko z bezlustrzankowcem z wadliwą ładowarką i trochę czasu mi zajęło żeby ją przechytrzyć.

Ślimak do naszego mieszkania.

Kilka ataków nie jest w stanie naruszyć francuskiej duszy. Ulice żyją, ale obecność uzbrojonej po zęby policji trochę mrozi. Paranoję miałam już w pociągu z lotniska. Całe szczęście, że dwóch ostatnich incydentów nawet nie zarejestrowałam.

Zależało nam żeby zainstalować się z dala od turystycznych tłumów. Wylądowałyśmy w tłumach francuskich przy kanale Saint Martin, w okolicach szpitala Saint-Louis. Ale fantastyczna dzielnica.

Wieczorami brzeg kanału oblepiony jest ludźmi. Wino z gwinta, ser, bagietki i owoce do trzeciej nad ranem. Tylko gdzie tu sikać?

Wiecie, że na etiopskie restauracje jestem pies. Przeciągnęłam Miśkę przez pół miasta do Itegue Taitu, ale wkurzył nas kelner. Wędrowałyśmy więc głodne w stronę naszej dzielnicy zaglądając ludziom do talerzy, aż stanęłyśmy przed La Petite Cambodge. Żarcie wyglądało świetnie, tłumy zadowolone, jeden wolny stolik. Szach mat.

Bobun (sałatka z makaronu ryżowego, warzyw i orzeszków ziemnych) i curry, czyli tysiąc krewetek. I karafka białego wina. Jak uniknąć bycia ofiarą ataku na popularne miejsce w Paryżu? No... unikać popularnych miejsc. Tylko jak? Wszystkie knajpy są napakowane po brzegi! Wszystkie są popularne! Kilka dni później odkryłyśmy, że Le Petit Cambodge była celem ataku półtora roku wcześniej, w dniu masakry w Bataclan. Błogosławiona niewiedza.

Myrth - lokalne produkty, dobre kanapki i kiepska kawa.

Żreć cały dzień nie wypada, pojechałyśmy pozwiedzać.

Przystanek pierwszy: Notre Dame. Hica straszna, porzuciłyśmy stanie w kolejce do katedry na rzecz stania w kolejce po lody.

Berthillon na Île Saint-Louis, mniejszej z dwóch wysp na Sekwanie, to lodziarska legenda. 70 smaków lodów i sorbetów. Pożarłyśmy malinowo-różane, śliwkowo-burbonowe i sorbet z pieczonego ananasa z bazylią. Gdzie te czasy kiedy żołądek mieścił pięć gałek!

Kiedy całowałam tę witrynę, przypomniał mi się fragment 'The Culture Code' Clotaire Rapaille:
The French Code for cheese is ALIVE. This makes perfect sense when one considers how the French choose and store cheese. They go to a cheese shop and poke and prod the cheeses, smelling them to learn their ages. When they choose one, they take it home and store it at room temperature in a cloche (a bell-shaped cover with little holes to allow air in and keep insects out). The American Code for cheese, on the other hand, is DEAD. Again, this makes sense in context. Americans "kill" their cheese through pasteurization (unpasteurized cheeses are not allowed into this country), select hunks of cheese that has been rewrapped - mummified, if you will, - in plastic (like body bags), and store it, still wrapped tight, in a morgue also known as a refrigerator. 

Zupełnie nieudokumentowane: spotkanie z rodziną w Paryżu. Kuzynka Lee, jej małżon i dzieci porzucili Charleston i na dwa lata przeprowadzili się do Paryża. Są w połowie i wiem, że strasznie ciężko będzie im wrócić. Powroty do Stanów to zawsze jak przesiadka z mercedesa do poloneza. Spotkaliśmy się w parku i dopadł mnie szok kulturowy. Po latach obserwowania amerykańskich rodziców-paranoików z monitorami i smyczami dla dzieci, nie mogłam uwierzyć, że tutaj potomstwo zupełnie spuszcza się z oka. 

Przystanek drugi: Sacré Coeur.

Przystanek trzeci: Wieża Eiffla. Tu już miałyśmy zupełnie dość niejadalnych rozrywek.

Koło Les Optimistes przechodziłyśmy poprzedniego wieczoru, ale kuchnia była już zamknięta. Wróciłyśmy.

Umarłam i serem się stałam. Jestem w trakcie 3-tygodniowej diety oczyszczającej i strasznie chce mi się wszystkiego czego nie mogę jeść, ale już sera najbardziej.

DonAntónia Pastelaria. Boże, cofam co majaczyłam o 10 kilo mniej gdybym mieszkała w Paryżu. Raczej więcej.

W papierniczych mogłabym wydać wszystkie pieniądze świata. Wszyyyystkie.

Du Pain at des Idées - podobno najlepszy chleb w mieście. Było zamknięte, bardzo niegrzecznie z ich strony. No, może nie wiedzieli, że przyjeżdżamy.

Gołębie. Import krakowski.

Marché des Enfants Rouge - najstarszy zadaszony targ w mieście. Stoiska i restauracyjki. Miejsce jednej z licznych śmierci baterii do aparatu.

Ciekawe ilu jest chętnych na colę od Isis.

Ostatni posiłek w Paryżu: libański lunch, rosé i tysiąc łez.


Friday, June 9, 2017

Whoa, check it out, Butt-head, turds! Did you see that? Turds! Turds! Turds!


Po potwornej końcówce potwornego roku akademickiego, zamalowywaniu kuchennego brudu po poprzednich lokatorach, kocich lewatywach w Bostonie, wyżymającym tygodniu w biurze, trzy dni temu kot i ja lądujemy w Krakowie, gdzie czeka na nas Lee z kuwetą i trzema piwami w pustej lodówce.


Lee-zdrajca przyleciał dzień wcześniej i pobiegł sam do baru mlecznego. Ciężko mi to wybaczyć, ale z rozmarzeniem dopytuję co zjadł. 'Pierogi, placki i zeszyt' - wymienia Lee.


Zielone świątki, sklepy pozamykane, ale Carrefour otwarty. Wyłuskujemy z niego zestaw awaryjny: marynowane tofu, parówki sojowe, pasztet ze słonecznika i musztardę. 'Takie drogie, a takie niedobre' - kwituje pani ekspedientka.


W Krakowie nadal można znaleźć kefir w szklanej butelce. Kupujcie, kupujcie, bo przestaną produkować. Wracając z Kleparza siłą woli produkujemy dodatkowe ramiona do noszenia zakupów i idziemy po kefir. Pan w kolejce nabywa drugie śniadanie: drożdżówkopizza, dwa piwa i setka miętowej wódki.


Najlepszy weterynarz świata przyjmuje w Krakowie na ulicy Wawrzyńca. Doktor Wandas składa się z serca, fantastycznego poczucia humoru i anielskiej cierpliwości, w równych proporcjach. W trójkę próbujemy wydoić z kota siki do badania, kot histeryzuje, my mamy głupawkę, w końcu się udaje, nasze podejrzenia że Little Man jest genetycznie w połowie tygrysem, w połowie krową mleczną okazują się prawdą.


Piekarnia Mojego Taty, kupujemy bułki. 'Z czarnuszką czy sezamem?' - pyta pan za ladą. Lee zamiera, bo już kiedyś niechcący poprosił o bułkę z czarnuszkiem. 'Tak' - ostrożnie odpowiada Lee.


Łazimy po Kazimerzu. Wszędzie gdzie zaglądamy jest przemiła obsługa i uśmiechnięci klienci. Prawię komuś komplement, za chwilę ktoś prawi mi komplement. Jestem na haju - czyżby w końcu nam przeszła narodowa podejrzliwość? Idziemy na Plac Nowy sprawdzić czy naprawdę w zapiekankowym okrąglaku można kupić sushi. Naprawdę. 'Sushi przez okno!' - mówi Lee.


Przejeżdża meleks pełen roześmianych turystów z Izraela, mają ze sobą przygrywającego muzyka, zarażają pozytywnymi wibracjami. Ale nie starszego pana ze stoiska ze starociami numer pięć. 'Kamienice nasze, ulice wasze' - wrzeszczy raz po raz pan, aż pryska wściekłą pianą z ust. Haj natychmiast wyparowuje. Przed nami jeszcze długa droga.



Kot próbujący, wydanie bostońskie.

Jeden wieczór z dzieciakami. Do tego trzeba mieć kondycję.

Bostońskie speakeasy, dobre wnętrze, niedobre drinki, wejście przez salon fryzjerski.

Nowa limuzyna kota. Jeszcze wam opowiem dlaczego.

Dowi, Boston!

Kot w kaftaniku a la krakowski Hanibal Lecter.